Przygotowywałem spokojną sesję produktową. Standard: białe tło, czarne tło, granatowe, zielone, wszystko szło zgodnie z planem. Aż nagle wpadłem na pomysł, żeby wyciągnąć różowe tło. Takie, które leżało w szafie chyba od czasów dinozaurów i na pewno nigdy nie widziało aparatu.
I wtedy to się stało.
Jak tylko róż pojawił się na stole, po trzech minutach przy butelce wylądował Zbyszek — kot niebywałej pewności siebie. Położył się obok produktu jakby miał wykupiony termin na sesję, zsunął łapkę w „przypadkowy, nieprzypadkowy sposób” i spojrzał na mnie wzrokiem pt. „To teraz robimy okładkę Vogue czy co?”.
Potem to już poszło:
– zmiana pozy,
– przeciąganie,
– pozowanie bokiem,
– eleganckie otarcie się o butelkę,
– i powrót do pozy „na króla świata”.
Zbyszek pozował ponad dwie godziny, absolutnie zafascynowany tym szaloną różową scenografią. Ja zrobiłem kilkanaście zdjęć, on zrobił karierę.
Wniosek?
Czasem człowiek chce sfotografować produkt… a kończy z kotem-modelem, który kradnie show.
Zdjęcia Zbyszka mówią resztę.
